RODZEŃSTWO: marzenie czy koszmar
Zaktualizowano: 13 lip 2021
Kiedy zrozumiałam, że po nogach delikatnie sączą mi się wody płodowe, co stanowiło zwiastun nadchodzącego porodu naszego drugiego dziecka, do oczu napłynęły mi równie słone łzy. Z porażającą mocą dotarła do mnie przebłyskująca już wcześniej w mojej głowie myśl, że pewien rozdział w historii naszej rodziny dobiegł końca. W ustach pojawił się gorzki smak żalu, którego już kiedyś doświadczyłam. Próbowałam go już wcześniej. To był smak mojego smutku, kiedy niespełna dwa lata temu z udanej, zgranej pary zdanej tylko na siebie nawzajem, staliśmy się rodzicami, a mnie było tak bardzo źle, bo wyobrażałam sobie, że moja relacja z P. od dnia narodzin Kory, już nigdy nie będzie taka jak kiedyś. Że zmieni się i straci na swojej jakości (nic bardziej mylnego!). Tym razem żal dotyczył rozpadu naszego trzyosobowego świata i tego, że od tego momentu, między mną , a moją pierworodną córką, wszystko się zmieni. W dodatku w chwili, w której nowy członek naszego plemienia pukał już do drzwi tego świata, nie było czasu na rozprawienie się z tym zaskakującym uczuciem, ani na ckliwe gesty, które choć trochę ukoił by moje pękające serce. Musiałam spakować i wyprawić smacznie śpiącą córkę do Babci, gdzie niczego nieświadoma, miała przeczekać nasz domowy poród. I skąd miała wrócić zastając zupełnie nową rzeczywistość i swojego brata w naszym łóżku, w którym do tej pory miejsce czekało tylko na nią.
Oczywiście w ostatnich miesiącach dużo pracy włożyliśmy w przygotowanie Kory do przyjścia na świat Vinsa. Korzystaliśmy z dziecięcych książeczek, żeby opowiedzieć o tym co dzieje się z moim ciałem i kto zamieszkał w moim brzuszku. Na przykładach prezentowaliśmy koncept rodzeństwa i z czym wiąże się posiadanie młodszego brata. Młoda, zaskakując nas wszystkich, szybko i chętnie wykazała miłość i troskę „do brzucha”: mówiła do niego, z własnej inicjatywy całowała i tuliła się, opowiadała o tym co da dzidziusiowi, kiedy już do nas dołączy, jak będzie się nim opiekować i o tym jak sama była malutka i co wtedy robiła. Równie ciepło przywitała go, gdy przyszło się im poznać, a w ostatnich dniach widziałam morze słodkich buziaków i wielokrotnie słyszałam adresowane do Vinsa „kocham Cię”. Gdybym wierzyła w tęczowy świat bajek, to mogłabym uznać, że wspólnie wykonaliśmy kawał dobrej roboty. Wiem jednak, że to tylko cześć emocji z którymi mierzy się nasza córka. No bo jak przygotować niespełna dwulatkę na to, że będzie musiała się podzielić tym co ma najcenniejszego - swoimi rodzicami? Jak wyjaśnić, że w najbliższym czasie nie będę w stanie być na każde jej zawołanie, nie przytulę i nie wezmę na rączki wtedy kiedy ona ma takie widzi mi się, a czasem będę musiała odmówić jej nawet wtedy, kiedy bardzo będzie tego potrzebowała. Jak pomóc jej zrozumieć, że brat na którego czeka od dni narodzin będzie z nami non stop, ale nie będzie jeszcze gotów się z nią bawić i rozmawiać, a nie raz przysporzy jej tylko frustracji?
Naturalną reakcją znajomych i rodziny na informacje, że będziemy mieli drugie dziecko były wypowiedzi w stylu „to wspaniała wiadomość! Kora będzie miała towarzystwo” „to wielkie szczęście mieć rodzeństwo „ albo „to dobrze, bo dziecko nie powinno dorastać samo” (tak jakby brak rodzeństwa był równoznaczny ze skazaniem na 100 lat samotności ;) ). Jednak ja sama, będąc jedynaczką, do rodzeństwa mam stosunek ambiwalentny. Po pierwsze dlatego, że w dzieciństwie zupełnie nie odczuwałam jego braku. Dziś podejrzewam, że powodem tego stanu rzeczy była moja Mama, która dwoiła się i troiła, żeby zapewnić mi towarzystwo rówieśników, dodatkowe zajęcia i super czas spędzony razem, co napewno wymagało od niej wysiłku i poświęcenia. Po drugie dlatego, że nie znam zbyt wielu wzorcowych relacji rodzeństwa, które mogłyby być dla mnie inspiracją. Często obserwuję, że ludziom łatwiej dogadać się z przyjaciółmi z wyboru niż z bliskimi, z którymi dzielili dzieciństwo. W efekcie, moje własne doświadczenia i obserwacje, podobnie jak doświadczenia mojego męża jedynaka skłaniały nas ku decyzji o posiadaniu jednego dziecka. Dlaczego zmieniliśmy zdanie? Myśle, że powody były dwa: pozytywne doświadczenia z pierwszym dzieckiem (oboje poczuliśmy, że rodzicielstwo nieźle nam wychodzi i daje dużo szczęścia. Aż żal marnować taki potencjał ;) ) oraz obserwacja dzieci znajomych z małą różnicą wieku - to, że takie dzieciaki od pewnego momentu „same zajmują się sobą”, bo mają z kim się bawić, przez co rodzice mają więcej czasu dla siebie. Okraszenie powyższego sporą dawką hormonów spowodowało, że z dnia na dzień zapadła decyzja i dziś dzielimy łóżko z dwójką mikro ludzi. Należy to jednak powiedzieć głośno: u podstaw zmiany zdania o liczbie dzieciaków w naszym gospodarstwie domowy leżał egoizm, a nie szlachetne pobudki o dokoptowaniu pierworodnej towarzystwa. I może to jest przyczyną mojego wielkiego poczucia winy, że dodając Korze brata, coś jej odbieramy...
Wyobrażam sobie, że posiadanie rodzeństwa ma w sobie tyle samo wad ile zalet. Z resztą, niektórym aspektom tego stanu rzeczy, można przypisać pozytywny jak i negatywny wpływ na życie jednostki. Weźmy na ten przykład „dzielenie się zabawkami” - z jednej strony uczy najmłodszych funkcjonowania w społeczności, dobrych obyczajów, a nawet podstaw negocjacji i rozwiązywania konfliktów. Z drugiej, naraża dzieci, których mały rozumek i układ nerwowy na etapie 2-3 lat zwyczajnie nie jest w stanie pojąć zależności i relacji społecznych, w tym konceptu „dzielenia się”, na ogromny stres, poczucie porażki i niesprawiedliwości, kiedy zmuszamy je do robienia rzeczy, których one po prostu robić nie chcą. A to dzielenie i ustępowanie od dnia narodzin rodzeństwa będzie towarzyszyć im już zawsze - kiedy będą wybierały kierunek na wakacje, formę aktywności na weekend, książkę, którą Mama przeczyta na dobranoc, czy smak zupy, którą zjedzą na obiad.
Posiadanie rodzeństwa uczy dzieciaki troski o innego człowieka, czułości i opiekuńczości. Niech jednak podniesie rękę ten z Was, kto jako starszy brat, czy siostra nie czuł się karany odpowiedzialnością za młodsze rodzeństwo, które wlokło się za Wami jak cień.
Nowy członek rodziny to także dodatkowe serduszko do kochania i dzielenia się radościami. Równie często jest jednak przyczyną smutku i zazdrości, punktem odniesienia do porównywania się i rywalizacji. O co? O wyniki w nauce, osiągnięcia sportowe, sukcesy towarzyskie, a także o miłość i atencję rodziców. To ostatnie jest głównym powodem, dla którego w minionych dniach chowałam się po kątach by z dala od oczu starszej córki połykać gorzkie łzy rozpaczy. Bardzo trudno jest mi pogodzić się z tym, że moje możliwości spędzania z Korą czasu sam na sam zostały tak drastycznie zmniejszone. Że z dnia na dzień jej świat i nasza relacja została wywrócona do góry nogami. Równie trudno jest mi przyjąć, że Vincent nigdy nie będzie miał szans na otrzymanie mnie w takiej ilości w jakiej w pierwszych latach dostawała mnie jego siostra. Mam wrażenie, że ciągle wybieram, ciągle wymuszam jakiś kompromis, że nigdzie nie jestem w 100% i nigdzie nie jestem wystarczająco dobra. Moje macierzyństwo z Mercedesa klasy S zamieniło się w Fiata Uno, a ja ciagle muszę decydować, potrzeby którego z dzieci w danej chwili wybieram uwzględnić.
Pamiętam jaką rewoltę w moim mózgu wywołało pojawienie się pierwszego dziecka, a przecież byłam 30-letnią kobietą, która przez 9 miesięcy przygotowywała się do tego wydarzenia. Mogę sobie jedynie próbować wyobrazić, co czuje moja 2-latka, która do niedawna była punktem centralnym na osi naszej rodziny, a dziś dzieli to miejsce z młodszym, nie mającym na ten moment zbyt wiele do zaoferowania, bratem.
Dni mijają powoli odkąd jest nas czworo. Trwa emocjonalny kocioł, każdy z nas wnosi swoje jakości, wszystko się miesza, rozlewa na cały układ, tworząc nowe zależności i rozdając różnorakie doświadczenia. Czasem jest nam trudno. Co chwile ktoś jest w kryzysie i co chwile ratuje go ktoś. Są też momenty spokoju i momenty pełni szczęścia. Mam chwile, kiedy chciałabym zniknąć i takie, w których chciałabym cofnąć czas. Co raz więcej jest jednak momentów, które chciałabym zatrzymać i rozciągnąć tak, by trwały jak najdłużej. I wierze, że najlepsze przed nami.
Dociera do mnie, że w życiu straty są nieuniknione, a umiejetność skutecznego radzenia sobie z nimi daje szanse na szczęśliwsze i bardziej poukładane życie. Może strata przez Korę statusu jedynaczki, na rzecz stania się starszą siostrą, to jej pierwsze „traumatyczne” doświadczenie, z którego dzięki naszemu wsparciu (tu nieoceniony wkład ma jej Babcia), akceptacji i bezgranicznej miłości wyjdzie obronną ręką. A może nie jest to kwestia zysków i strat, marzenia lub koszmaru o rodzeństwie. Może to po prostu kwestia przestrzeni - należy coś oddać, żeby zrobiło się miejsce na nowe. A nowe nie musi być ani gorsze, ani lepsze. Jest inne, lecz równie dobre, bo tak samo nasze?




Mình thỉnh thoảng cũng xem mấy bài soi cầu cho vui thôi, coi như một cách tự tập nhìn dàn số và đối chiếu lại cảm giác của mình. Hồi trước hay nghe người quen mách nước rồi ghi bừa, trượt thì lại khó chịu, nên giờ mình ưu tiên đọc kiểu có lập luận để hiểu họ nghĩ gì, đúng sai gì cũng rút được chút kinh nghiệm. Có dạo lướt thấy https://soicauxsmb.pro/ nhắc đến chuyện chọn lọc theo chu kỳ, mình thử áp dụng theo hướng “loại bớt” chứ không đặt niềm tin tuyệt đối, thấy đầu óc bớt bị cảm xúc kéo đi. Với mình mấy thứ này chỉ nên xem như tham khảo, quan trọng là…